fbpx
Artur Szaflik

Zaraz po wypadku, w zasadzie od momentu przebudzenia się w nowej rzeczywistości, pojawiły się w mojej głowie pytania (mnóstwo pytań), które uleciały w niebo i mam nadzieję, że trafiły do Niego.

Żądałem natychmiastowej reakcji. Nie raz w gniewie krzyczałem domagając się odpowiedzi:

– Dlaczego ja?!

– Dlaczego mi to robisz?!

– Czy Ty w ogóle istniejesz?!

Mijały dni, tygodnie i miesiące. Cisza. Frustracja narastała a próba zmierzenia się z własnym “ja” wydawała się być ponad moje siły. Ktoś mi kiedyś powiedział, że “nikt i nic mi w życiu nie da rady. Że tylko ja sam mogę się wykończyć”. Oczywiście byłem wtedy zbyt bezczelny, by przejąć się tymi słowami. Dopiero w nowej rzeczywistości zdałem sobie sprawę z tego jakie te słowa mają sens. Sam się tak załatwiłem i to dopiero wbiło mnie w ziemię.

W tamtym czasie zdarzyły się dwie bardzo dziwne rzeczy.

Dziwna rzecz numer 1:

Podszedł do mnie ksiądz w szpitalu i zapytał:

– Czym się tak martwisz?

Odpowiedziałem:

– Czym się martwię? Jestem wrakiem człowieka, a On na to pozwala.

W odpowiedzi usłyszałem:

– Bóg niczego Ci nie zabrania. Płyń dalej. Niektóre wraki dopływają do brzegu.

W pierwszej chwili mnie zamurowało. Potem solidnie dało do myślenia. Gdy po kilku dniach poukładałem sobie myśli w głowie i chciałem z nim o nich porozmawiać, okazało się, że w kaplicy szpitalnej owszem znajdę księdza, ale innego, który urzęduje tam od lat. Żadnego poza nim tam nie było. Do dziś nie wiem skąd on się wziął, a może właśnie wiem…

Dziwna rzecz numer 2:

Siedziałem z kumplem na tarasie przed szpitalem. Super fajna pogoda, zimne piwko, ale bądź co bądź trochę narzekaliśmy na nasze życie. Podeszła do nas zakonnica i powiedziała, że w środku od jakiegoś czasu leży pewna dziewczyna, też po wypadku. Siostra zapytała czy nie chcielibyśmy jej poznać. Zgodziliśmy się bez wahania i pojechaliśmy za nią.

Wjechaliśmy do małego pokoiku, w którym leżała 18-letnia dziewczyna. Była śliczna. Od razu zaczęliśmy śmiało do niej nawijać. Odpowiedzi brak. Zakonnica wytłumaczyła nam, że Sylwia (bo tak miała na imię) topiła się w jeziorze i zbyt długo była pod wodą. Nie ma z nią kontaktu – nie widzi, nie słyszy, nie mówi. Tylko błędnie wodzi wzrokiem. Poczułem się strasznie niezręcznie.

Zaczęliśmy z kumplem do niej mówić. Opowiadaliśmy różne rzeczy typu, dziwne akcje ze szpitala, pomimo tego, że jak zapewniała zakonnica, Sylwia i tak nas nie słyszała. Tymczasem dziewczyna zaczęła płakać. Wszystkich nas zamurowało, a zakonnica aż pobladła i uprzejmie nas wyprosiła. Wyjechaliśmy z sali ze łzami w oczach. W życiu nie czułem się tak paskudnie. Spojrzeliśmy z kumplem po sobie i pamiętam, że równocześnie wypowiedzieliśmy te same słowa: My nie mamy na co narzekać.

Do końca życia twarz tej dziewczyny będzie siedzieć w mojej głowie. Od tamtego czasu, jak każdy, miałem swoje wzloty i upadki, ale trafiłem w życiu na tylu fajnych ludzi, że nawet się czasem cieszę z bycia na wózku, bo zmieniło mnie to diametralnie i gdyby nie wózek to nigdy bym ich nie spotkał.

Czy ci ludzie przyszli sami czy też ktoś ich przysłał? Myślę, że w tej kwestii każdy powinien sam sobie odpowiedzieć. Skończyło się w moim życiu obwinianie Boga za wszystko co złe, a zaczęło się budowanie swojego nowego porządku i siły. Do dziś nie dostałem odpowiedzi na swoje pytania, ale teraz już mi się nie spieszy.

Oczywiście, że mam co jakiś czas wątpliwości co do zachowań czy celów Boga, ale na pewno nie mam wątpliwości co do Jego istnienia. Zarówno ja jak i On, oboje dobrze wiemy, że kiedyś mamy do pogadania i może z tego też będzie jakieś fajne selfie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Halo, halo!

Halo, halo!