fbpx
Artur Szaflik

W wieku siedemnastu lat wyjechałem z dziadkami na wakacje do Szczawnicy. Tam wszystko przebiegało jak to w wakacje – wycieczki po górach, kąpiel w rzece, gra w piłkę. Nic nadzwyczajnego. Po prostu kolejne fajne lato.

25 lipca 1995 roku poszedłem z kolegą na basen w uzdrowisku. Po tylu latach nie pamiętam już jego nazwy. Weszliśmy do środka, mały basen, 160 cm głębokości, ale popływać było można. Kumpel wszedł na drabinki wokół basenu i skoczył na główkę. Ja oczywiście zaraz za nim.

Poczułem tylko, że zahaczyłem nosem o dno, ale nic się nie stało. Powiedziałem sobie wtedy, że dziś już więcej nie skaczę, że za płytko.

Pływaliśmy, nurkowaliśmy, ogólnie wygłupialiśmy się chyba przez jakąś godzinę. Było około godziny 13:30 mieliśmy już wychodzić do domu, ale kumpel powiedział, że jeszcze sobie skoczy do wody. Wszedł na drabinki prowadzące do basenu i skoczył na główkę. Wyszło mu perfekcyjnie. Pomyślałem wtedy: “A, też skoczę”. Wszedłem na drabinki, ale nie mogłem utrzymać równowagi. Nagle w głowie włączył mi się czerwony alarm; lęk przed tym, że zaraz spadnę na kanciastą krawędź basenu i się połamię. To dlatego postanowiłem skoczyć. Przy wybiciu poślizgnąłem się. Nogi mi ujechały do góry. Nie zdążyłem nawet wyprostować rąk. Głową uderzyłem w wodę i dno basenu.

Czas mi się zatrzymał, widziałem jak leżę na dnie i miałem wrażenie, że sypią się na mnie skalne głazy. Nastała ciemność.

Nie wiem po jakim czasie ocknąłem się na powierzchni. Kumpel trzymał mnie na rękach w wodzie. Ludzie, którzy też byli na basenie, przybiegli od razu i wyciągnęli mnie z wody. Bolał mnie kark, ale tak poza tym to nic nie czułem. Nawet wtedy, gdy zdałem sobie sprawę, że nie czuję nóg i już wiedziałem co się stało. Leżałem na kafelkach bez strachu, w totalnym spokoju, jakby nigdy nic i dopiero, gdy zobaczyłem karetkę uświadomiłem sobie, że się doigrałem.

Wnoszą mnie do karetki. Widzę dużego Fiata Kombi i już wiem, że się do niego nie zmieszczę. W końcu mam ponad dwa metry wzrostu. Trzeba czekać na większy samochód, więc leżę na noszach na chodniku przed uzdrowiskiem. Miliony ludzi na mnie patrzy, ale jestem już tak zmęczony, że mam to gdzieś. Przyjeżdża druga karetka. Pakują mnie. Szybka jazda na syrenie. Na zakrętach rzuca, a ja mówię do kierowcy: “Zwolnij, bo nie wytrzymam”.

Zmęczenie coraz większe, więc pytam lekarza czy mogę zasnąć. Zgodził się.

Budzę się w szpitalu w Nowym Targu. Robią mi rentgen i tomografię głowy, bo myślą, że mam pękniętą czaszkę, a tu nic, nawet guza. Już wiadomo, że to kręgosłup, a ja zaczynam mieć problemy z oddychaniem. Pytają czy chcę helikopter do Katowic. Mówię, że za daleko, więc wiozą mnie do Krakowa. Znów zasypiam.

Budzę się na przyciemnionym korytarzu. Obok stoi już mój dziadek, więc czuję się silniejszy i daję mu do ręki mój zielony kamień, by go przechował. Wjeżdżam na salę operacyjną. Lekarz mówi coś miłego, ale już pamięć zawodzi po tylu latach, więc nie pamiętam dokładnie co. Światło gaśnie…

Budzę się rano na sali pooperacyjnej. Nic nie czuję tylko tyle, że mam głowę. Chcę mi się potwornie pić, nikogo nie ma. W końcu przyszła pielęgniarka, daje mi się napić wody i wchodzi rodzina – mama, dziadek, babcia i wujek. Mnóstwo łez, z mojej strony również i pytań co się stało. W końcu męska rozmowa z dziadkiem: “Artur, leczenie będzie bardzo długie, musisz być twardy i nie możesz się poddać”. “Dobrze dziadku, dam radę. Poleżę tu rok i wyjdę. Wytrzymam”.

Rok minął, a ja nie wyszedłem na własnych nogach i przez cały ten czas nie myślałem o sobie jako o osobie niepełnosprawnej. Ta świadomość przychodzi z czasem…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Skip to content